wtorek, 7 kwietnia 2015

Rozdział 2

   Obudziłam się wcześniej niż zwykle. Wczoraj byłam tak padnięta, że po wejściu do pokoju umyłam się i zasnęłam. Nie poszłam nawet na kolację, więc o w pół do siódmej rano byłam całkiem głodna.
   Kiedy wstałam, zauważyłam na podłodze nieznaną mi walizkę. Spojrzałam na górną część łóżka – moja współlokatorka wczoraj przyjechała i teraz spała.
   Ubrałam się w szkolny mundurek, na który składały się niezbyt oryginalne koszula, krawat i spódnica w … kratę. Była jeszcze marynarka, ale na dworze było ciepło, więc jej nie zakładałam. Wzięłam zakupione wcześniej herbatniki i wyszłam z pokoju.
   Przez jakiś czas spacerowałam po szkolnych ogrodach, przegryzając ciastka. Podziwiałam urodę i magię tego miejsca. Nigdy nie miałam ogrodu, od zawsze mieszkałam w centrum miasta. Nie byłam przyzwyczajona do takiej ilości zieleni. Ale bardzo mi się to spodobało i nabrałam pewności, że będę przychodzić tu częściej. Chciałam odkrywać tajemnice ogrodów – a byłam pewna, że na bank jakieś posiadają.
   Przechadzając się pomiędzy drzewami, doszłam do niewielkiego jeziorka. Wtedy usłyszałam muzykę.
   Znaczy, pewnie, powinnam się tego spodziewać. Przecież to była szkoła muzyczna. Ale wtedy wmurowało mnie i mogłam tylko patrzeć i słuchać.

Nothing to do
Nowhere to be
A simple little kind of free
Nothing to do
No one to be
Is it really hard to see
Why I'm perfectly lonely
I'm perfectly lonely
I'm perfectly lonely
I'm perfectly lonely, yeah
'Cause I don't belong to anyone
Nobody belongs to me 

   Chłopak pływał na plecach i chyba właśnie kończył, bo przestał śpiewać i podpłynął kraulem do brzegu. Zauważyłam sportową torbę i ubrania rzucone koło niej. Wyszedł z wody i zaczął zsuwać kąpielówki, ale wtedy stwierdziłam, że obejrzałam już wystarczająco i obróciłam głowę.
   Wracając do pokoju, myślałam o Śpiewającym Pływaku. Bo z pewnością pływał więcej niż tylko teraz, miał pięknie wyrzeźbione mięśnie ramion, klatki piersiowej i nóg. Był przystojny - wiedziałam o tym nawet bez dokładnego przyglądania się postaci i twarzy chłopaka. Wysoki i szczupły, z tamtej odległości widziałam tylko, że miał czarne włosy. Byłam ciekawa, czy będzie w mojej klasie. Wtedy mogłabym podziwiać go podczas lekcji, zaśmiałam się.
   Na korytarzu kręciło się parę osób ubranych w te same stroje, ale nie znałam nikogo z nich, więc tylko cicho przemknęłam na swoje piętro. Kiedy otworzyłam drzwi z numerem 137, dziewczyna nadal leżała na łóżku. Kołdra równo podnosiła się i opadała, kiedy śpiąca postać oddychała. Najwyraźniej nie miała zamiaru w najbliższym czasie wstawać.
   Westchnęłam i spojrzałam na zegar na ścianie. Dochodziła siódma, a apel był o ósmej. Postanowiłam, że w razie czego obudzę ją dziesięć po.
   Schowałam herbatniki i usiadłam na łóżku. Wyciągnęłam MP3 i puściłam piosenkę, którą śpiewał Pływak - Perfectly Lonely Johna Mayera - żeby przypadkiem nie zasnąć. Mimowolnie nuciłam pod nosem, kiwając głową w rytm muzyki.
   Nagle łóżko się zatrzęsło. Zdjęłam słuchawki. Usłyszałam jęk, a potem okrzyk niedowierzenia. Moja współlokatorka zeskoczyła z łóżka i wdzięcznie wylądowała na podłodze. W pośpiechu wyjmowała ze swojej walizki ubrania. Obróciła się, by pójść do łazienki, ale wtedy zobaczyła mnie i wrzasnęła na całe gardło. Przestraszona zrobiła krok do tyłu, potknęła się o walizkę i spadła na ziemię.
   Zaniepokojona podeszłam do niej i podałam rękę.
   - Nic sobie nie zrobiłaś? – zapytałam.
   Oszołomiona, mrugała szybko powiekami. Na jej policzkach kwitły rumieńce.
   - Rany, mogłaś jakoś dać znać, że tam jesteś! – powiedziała, podnosząc się i masując dolną część pleców. – No nic, stało się. Tak w ogóle, jestem Loretta Accardi, ale mów mi Lora.
   Miała włoską urodę, a sądząc po nazwisku, także pochodzenie. Jej falowane włosy sięgały do pasa i były tak czarne, że dało się zauważyć błyski granatu. Teraz były poplątane i nachodziły na jej duże, zielone oczy okolone czarnymi rzęsami. Biała bluzka od piżamy ładnie kontrastowała z oliwkową cerą. Lora była niższa ode mnie, ale niewiele. Miała imponującą figurę w kształcie klepsydry.
   Słowem, mieszkałam z nie lada pięknością.

♪ ♫ ♪

   Szkolne korytarze były puste, wszędzie panowała cisza. Dało się tylko słyszeć stukot dwóch par butów.
   - Darcy, poczekaj! – jęczała Lora, próbując mnie dogonić na swoich butach na wysokim obcasie. Czasami warto było nosić zwyczajne trampki.
   - Trzeba było się dłużej szykować – odpowiedziałam sarkastycznie. W tamtej chwili nawet nie próbowałam być miła, byłam za bardzo zdenerwowana.
   Wszyscy już byli na auli szkolnej. Byłyśmy spóźnione prawie dziesięć minut na apel, bo Lora w ostatniej chwili sobie przypomniała, że musi się przecież jeszcze umalować. Chociaż podejrzewam, że pewnie i tak ograniczyła się do minimum.
   W końcu dotarłyśmy na aulę. Całe zdyszane przepychałyśmy się do przodu, szukając naszej klasy. Bo okazało się, że Lora też jest w 1-1 i tak jak ja śpiewa.
   Szybko zauważyłam czerwoną czuprynę na samym przodzie, więc skierowałam się tam, ciągnąc ze sobą nową koleżankę. Na szczęście obok były dwa wolne miejsca, więc bez problemu tam usiadłyśmy. Trochę dziwne. Pierwszy rząd i puste siedzenia.
   Czerwonowłosy był odwrócony do mnie tyłem, bo akurat z kimś rozmawiał. Nachyliłam się więc i szepnęłam mu do ucha:
   - Dzień dobry, Finn.
   Nigdy nie zapomnę tego wrzasku, który wydał z siebie wtedy chłopak.
   Jego rozmówca i ja pokładaliśmy się ze śmiechu, Lora patrzyła na nas z politowaniem, a sam Finn przybrał kolor swoich włosów. Potem uśmiechnął się sarkastycznie.
   - Darcy. Jakże miło wiedzieć twoją twarz o poranku. – Widocznie nie zdenerwował się i wziął ten żart na luzie. Kiwnął głową na swojego kolegę, jasnego blondyna ze złotymi kolczykami w uszach, który miał niesamowite turkusowe oczy. – To Shane, jestem z nim w pokoju.
   - Hej – przywitał się chłopak, rzucając uroczy uśmiech z dołeczkami. Miałam wrażenie, że był skierowany raczej do mojej koleżanki niż do mnie. Dziewczyna prychnęła, założyła nogę na nogę i zwróciła swoje spojrzenie na scenę.
   Uśmiechnęłam się przepraszająco i wskazałam ręką na moją współlokatorkę.
   - Lora. Nie jest za bardzo w humorze. – Zerknęłam na scenę, która ku mojemu zdziwieniu była pusta. Żadnej żywej duszy. – Jest już po ósmej. Czemu apel się nie zaczął?
   - Bo nie ma jakiegoś faceta, który miał wykonywać piosenkę – odpowiedział Shane. – Teraz próbują wykombinować kogoś na jego miejsce, ale… - Chłopak przerwał, bo nagle zgasły światła. – Chyba już sobie poradzili.
   Perkusja, a raczej bębny rozbrzmiały. Snop światła padł na dziewczynę stojącą na scenie. Była to Rachel, ubrana w białą koszulkę i spódniczkę. Przy twarzy miała przyczepiony mikrofon. Zaczęła śpiewać:

Give me a second I,
I need to get my story straight
My friends are in the bathroom getting higher than the Empire State

   Kolejny reflektor wskazał chłopaka przy wejściu na aulę. Miał czarne, rozwichrzone włosy i tego samego koloru okulary. Nosił też białego t-shirta i spodnie. Tym razem on zaśpiewał.

My lover she's waiting for me just across the bar
My seat's been taken by some sunglasses asking bout a scar, and

   Wyśpiewywali kolejne wersy piosenki, a brunet z kolejnymi słowami zbliżał się do Rachel. Kiedy zabrzmiały słowa So if by the time the bar closes, And you feel like falling down, I'll carry you home, światła ponownie zgasły. Okazało się, że Rachel I chłopak mają na koszulkach fluorescencyjny napis Have Fun!, a za nimi stoi zespół tancerzy z także świecącymi w ciemnościach koszulkami, tylko że o innych kolorach i z innymi napisami. Przypomniałam sobie, że to ich widziałam dzisiaj rano. Wszyscy zaczęli wykonywać układ taneczny i śpiewać refren, ale było słychać głównie Rachel i jej partnera. Tancerze służyli za chórki.
   Kiedy skończyli, normalnie zapalono lampy. Ukłonili się, a wszyscy na sali zaczęli klaskać. Wstałam i klaskałam najgłośniej, jak potrafiłam, czasami przerywając, żeby zagwizdać. Inni zachowywali się podobnie.
   Byłam naprawdę pod wrażeniem takiego występu. Moim skromnym zdaniem, było to profesjonalnie przygotowane i zastanawiałam się, kiedy oni to ćwiczyli. Był początek roku szkolnego, a Rachel na przykład była tak jak ja w pierwszej klasie, więc niby kiedy? Zdecydowałam, że muszę ją o to zapytać.
   Zeszli ze sceny i schowali się za kulisami. Usłyszałam odgłosy zdziwienia, więc rozejrzałam się po auli, ale wszyscy byli jak zaczarowani wpatrzeni w jakiś punkt na scenie. Też tam spojrzałam – na środku stała niska kobieta o włosach tak rudych, że niemal pomarańczowych. Miała lekko azjatyckie rysy. Miałam wrażenie, że pojawiła się tam znikąd, jakby się tam teleportowała. Ktoś włączył dymiarkę, bo na wysokości jej nóg unosił się dym.
   - Witajcie, drodzy uczniowie! Dla tych, którzy jeszcze mnie nie znają, chociaż powinni: jestem Megan Gardner, dyrektorka Reflection Academy! - Przechadzała się swobodnie po scenie, lustrując uczniów. – No, no, widzę, że w tym roku będzie ciekawie. Gratuluję dostania się do tej prestiżowej placówki! Możecie być z siebie dumni, bo to nie lada wyczyn. Ale teraz będzie jeszcze trudniej, możecie mi wierzyć na słowo. – Uczniowie starszych klas się roześmiali, a mnie aż przeszły dreszcze. Dyrektorka przeniosła spojrzenie na mnie. Patrzyła mi prosto w oczy. – Pamiętajcie, że dobra muzyka to ta z uczuciami. Jeśli chcecie zajść daleko, musicie wiedzieć, o czym śpiewacie. A więc przede wszystkim zaznać miłości! – Wykrzyknęła i zjechała w dół, jakby była w niewidzialnej windzie.
   Usłyszałam skrzypienie krzesła po mojej prawej. To Lora wierciła się na krześle.
   - Pewnie mają opuszczaną podłogę – szepnęła. Pff. Ta to umie zepsuć zabawę. Wydawała się być w ogóle nie pod wrażeniem tego, co się tu przed chwilą wydarzyło. W przeciwieństwie do mnie.
   - Ale musisz przyznać, że wygląda to niesamowicie.
   Zerknęła na mnie. Uśmiechnęła się ciepło, jak do małego dziecka, które właśnie zrobiło coś rozczulającego.
   - Tak.
   Potem jakiś nauczyciel powiedział, żebyśmy poszli na stołówkę na śniadanie. Przypomniało mi to o karcie, którą w pośpiechu zapomniałam zabrać ze sobą. Okazało się, że Lora także.
   - Pójdę po nie – zaproponowałam, a Lora przytaknęła.
   Karta była karnetem na jedzenie w szkolnej stołówce. Słyszałam, że miejsce to jest imponujące, prawie jak jadalnia w jakimś pałacu, ale nigdy w tam nie byłam. Musiałam się więc pospieszyć, żeby zdążyć dołączyć do innych uczniów kierujących się na śniadanie, bo sama bym tam nie trafiła.
   Pognałam więc do pokoju. Szybko znalazłam kartę Lory, ale znalezienie swojej zajęło mi chwilę. Wreszcie znalazłam ją w futerale na skrzypce. Ja to mam kryjówki.
   Po raz drugi tego dnia biegłam korytarzem, znowu na aulę.
   Niestety, nie było tam żywego ducha. Szlag.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz